large small default
baner
Tadżykistan - Tojikiston
  Kraj, Ludzie, Przyroda

Profesor PDF Drukuj Email
Polacy - Historia
Wpisany przez JanekK   
piątek, 14 września 2007 21:05

Profesor Arkadiusz Belina Borzym

Rok 1952 – październik. I rok moich studiów na Wydziale Budowy Maszyn Szkoły Inżynierskiej w Poznaniu (na Politechnikę Poznańską została przemianowana trzy lata później) – pierwszy wykład z geometrii wykreślnej – do sali wchodzi Profesor Arkadiusz Belina Borzym, w owym czasie jedna z najbardziej barwnych postaci wśród profesury uczelni. Nie wiem ile mógł mieć wtedy lat ale sporo, pewnie coś koło siedemdziesięciu pięciu. Wysoki, szczupły, wyprostowany jak struna i poruszający się prawie krokiem defiladowym. A ten zwrot przez ramie przy zmianie kierunku przed tablicą – jak podczas musztry paradnej. Zawsze nienagannie ubrany – granatowy garnitur o dwurzędowym kroju marynarki, spodnie wyprasowane na nienaganny kant. Z daleka można się domyśleć, że to były oficer i to raczej wysokiej rangi. Na jesieni i wiosną przychodził w jasnym gabardynowym trenczu o wojskowym kroju, w zimie w granatowym płaszczu też wojskowego kroju. Jest październik więc ma na sobie trencz a podążający za nim asystent (zawsze przychodził na wykład z asystentem choć raczej trzeba by powiedzieć z ordynansem) właśnie go z niego zdejmuje i składa w wzorcową wojskową „kostkę”, kładzie na krzesło a na kostkę czapkę z materiału takiego samego jak trencz kroju do złudzenia przypominającego czapki oficerskie w carskiej armii. Nic jeszcze nie powiedziałem o „fizis” profesora – ten był najważniejszy – przystrzyżone na jeża mocne siwe włosy, zupełnie jak szczotka, bokobrody, wąsy, broda – wypisz wymaluj generał major taki to a taki korpusu takiego a takiego armii cesarza Mikołaja.

Na temat tej wojskowej przeszłości profesora krążyły legendy po uczelni. Niektórzy mówili, że był generałem w carskiej armii, inni, że tylko pułkownikiem a generałem został dopiero w Wojsku Polskim przed wojną. Trudno zgadnąć a czasy – wiadomo 1952 – raczej nie były stosowne do takich pytań. Google niestety nie dają odpowiedzi. Można jedynie się dowiedzieć, że Borzymowie herbu Belina, później piszący się Belina Borzym to stara szlachta litewska. To by się zgadzało, profesor na wykładach mówił z wileńskim akcentem, niestety obficie mieszając polski tekst z wyrazami rosyjskimi – łatwy do percepcji ten jego wykład nie był. W rejestrze generałów Wojska Polskiego go nie ma – a więc jednak niższy stopień.

Zniecierpliwionych być może już czytelników – co to ma wspólnego z Tadżykistanem – proszę o chwilę cierpliwości, będzie, będzie.

Wykładów wysłuchałem porządnie – to była jedyna metoda, z podręcznikami było krucho. Nie tylko dlatego – kończący studia techniczne wiedzą, inni pewnie nie – geometria wykreślna to piekielnie trudny przedmiot, wielu przez niego zmieniało kierunek studiów. Egzamin zdałem, nawet na "dobrze". Był na to zresztą "sposób" – w czasie roku trzeba było wykonać bodajże szesnaście ćwiczeń, pięknie wykreślonych na białym bristolu, w dodatku ołówkiem, to znacznie trudniejsze niż tuszem. Te karty trzeba oprawić w książkę i to koniecznie u introligatora, wszelkie "domowe" metody oprawy nie były przez profesora akceptowane. No i teraz treba wyjaśnić ów "sposób" – egzamin wyglądał tak, że profesor brał książeczkę do ręki, otwierał i kazał referować ćwiczenie na tym arkuszu. Kto nie wierzy niech dokona eksperymentu – książkę, szczególnie z takim sztywnymi kartami można „nauczyć” się otwierać w jednym zaplanowanym miejscu. Moja coś nie chciała – podczas prób w domu był to zawsze jeden z trzech sąsiednich arkuszy. Trudno – wykułem na blachę wszystkie trzy. Piątki nie dostałem bo profesorowi nie spodobała się moja „technika” rysunku – kończyłem ogólniak i koledzy po technikach tu byli wyraźnie lepsi.

Rok się skończył, wszystkie egzaminy zdane – to były czasy tzw. dyscypliny studiów, nie było z tym żartów. W lipcu była praktyka zawodowa – w poznańskim POMECIE (odlewnia ). Wtedy za to płacono – mniej więcej półtora stypendium. Do tego jeszcze można było dorobić przy rozładunku wagonów. Po odebraniu tych zarobków po raz pierwszy w życiu poczułem się Krezusem. No i wiedziałem jak je wydam – już od kilku miesięcy wraz z dwójką kolegów planowaliśmy wyjazd w góry. Dla dwojga z nas, mnie również, był to górski debiut, trzeci kolega był raz w Tatrach i w związku z tym pozował na niebywałego ich znawcę. Naszą górską przygodę rozpoczęliśmy od Krynicy i potem górami aż do Bukowiny. Z Bukowiny – nie zapomnę tego do końca życia do Roztoki. Lał straszliwy deszcz i grzęźliśmy w niemniej straszliwym błocie bo tego asfaltu co jest tam dziś wtedy nie było, droga była z okrąglaków drewnianych  pokrytych grubą warstwą błota, w której co rusz grzęzły moje buty. Buty to trochę za dużo powiedziane – bo to były trampki i tak luksusowe bo czeskie a nie badziewie z Grudziądza czyli "pepegi". Siedzieliśmy w tych Tatrach trochę ponad dwa tygodnie i w zasadzie przeszliśmy wszystko co było możliwe do przejścia. Ktoś zapyta w jaki to sposób? Proste – wszystkie szlaki graniczne były zamknięte – nie można było wejść ani na Rysy, ani na Chłopka, ani Świnicę itd. Jedynym granicznym szczytem dozwolonym był Kasprowy Wierch. Trudne do uwierzenia ale prawdziwe. Moi obydwaj koledzy okazali się być dość odporni na chorobę tatrzańską, ja wręcz odwrotnie – całą drogę powrotną spędziłem na medytacjach skąd by wziąć trochę kasy aby wrócić we wrześniu, tym bardziej, że porobiłem trochę znajomości, jedne, powiedzmy "sportowe", drugie "towarzyskie". Udało się, przeszło tydzień ciężkiej roboty przy tych cholernych wagonach w POMECIE i już chyba 10 września podchodziłem na Halę Gąsienicową.

Gdzieś na dwa czy trzy dni przed rozpoczęciem roku wstąpiłem do budynku uczelni – ot tak, z głupiej ciekawości co nowego, czy może już wywieszono plany zajęć. Rzut oka na gablotę mojego wydziału i poczułem się tak jak by mi na głowę spadła solidna lawina. Byłem tam głównym bohaterem. Wpierw napisano, że nie zgłosiłem się na egzamin z geometrii wykreślnej, następnie, że nie uczęszczałem na konsultacje przed egzaminem poprawkowym, potem, że nie stawiłem się na poprawkowy. No i ostatni kwit -–wobec takiego nagromadzenia złej woli pan dziekan postanowił mnie nie dopuścić do egzaminu komisyjnego i zostałem skreślony z listy studentów. Na miękkich nogach pobiegłem do dziekanatu. Pokazano mi indeks i kartę egzaminacyjną – puste. No i wtedy doznałem olśnienia. Grupa była liczna i na egzaminy szła w dwóch ratach. Ja zamykałem listę pierwszej podgrupy. Pewnie na ostatnim egzaminie, bo nim była owa geometria zapisano mnie jako otwierającego listę drugiej podgrupy. No i tak było (nie rozumiejącym wyjaśniam – w owych czasach indeks był uważany jako dokument wagi państwowej i nie śmiał być w rękach studenta, cały czas był w dziekanacie i nawet podpisy zaliczeniowe załatwiał starosta grupy).

Ależ ja zdałem – mówię do starszej pani z dziekanatu. Popatrzyła na mnie po raz pierwszy chyba z współczuciem, jeszcze przed chwilą uważała mnie za oszusta. Jest jedna szansa dla pana – powiedziała – pan profesor Borzym prowadzi taką własną księgę egzaminów, jeśli pan zdał to będzie to tam napisane – dała mi adres prywatny profesora.

Drzwi otworzyła mi starsza już pani ale młodsza od profesora o wyraźnie orientalnych rysach twarzy – wyjaśniłem, pewnie strasznie się jąkając o co mi chodzi. Zaakceptowała wizytę, otworzyła drzwi i krzyknęła w głąb pokoju – Arkasza, pan student do ciebie. Wszedłem i natychmiast mało nie padłem z wrażenia – pokój łączył się z dość sporym tarasem i właśnie na tym tarasie pan profesor spoczywał na leżaczku. Ubrany był zupełnie jak generał Anders w Iranie, czyli w krótkie spodnie do kolan, podkolanówki wiązane u góry sznureczkiem i sandały. Góra jednak już nie pasowała – był to bajecznie kolorowy kaftan nie kaftam, szlafrok nie szlafrok, na pewno coś wschodniego a na głowie miał coś pośredniego między beretem a tureckim fezem, też bajecznie kolorowe i z bogatym haftem. Na kolanach spoczywała gitara, po której coś brzdąkał a na stoliku stała butelka wina i kieliszek – jak tylko się odezwał do mnie to już wiedziałem, że pan profesor już co nieco "wziął".

Zacząłem wyłuszczać swoją sprawę, słuchał niedbale. W pewnej chwili przerwał – jeśli ty, małodiec, prawdę mówisz to będzie to w knidze napisane, obaczimy, teraz mi powiedz gdzie się tak opalił, na płaż pewnie? (Pogoda wtedy w wrześniu była znakomita i rzeczywiście byłem brązowy). Nie na plaży – odpowiedziałem, coś mi podpowiedziało, że by go to nie nastawiło pozytywnie do mnie – w górach byłem, w Tatrach. Aha, słyszałem, raz nawet ja tam był, ale one malenkije. W innych górach ja był za młodu. Profesor zawołał do żony aby przyniosła drygi kieliszek i drugą butelkę i zaczął opowiadać. No i popłynęła opowieść o młodym oficerze carskiej armii, który zaraz po ukończeniu, jak to powiedział, wojskowej politechnicznej szkoły, został posłany do jednostki stacjonującej na samym południu Cesarstwa w wielkich ośnieżonych górach niedaleko brytyjskiej granicy. To musiał być Tadżykistan, jest na samym południu dawnego Imperium a brytyjska granica to oczywiście granica wówczas brytyjskich Indii. Jak wynikało z opowiadania profesora dokonywali tam m.in. pomiarów kartograficznych, chyba wysokościowych również bo wspominał jak to się wspinał z przewodnikiem na „niebotyczne” szczyt brnąć w śniegach o lodach. Budowali też jakieś obiekty wojskowe po dolinach  i wtedy zapoznał ludzi tam mieszkających, jak ich określił – szlachetnych i przyjaznych o gościnnych ale na pewno strasznych w boju .

Opowiadał tak chyba godzinę, co dziwne, wyraźnie przy tym młodniejąc. Padały rozmaite nazwy, których oczywiście nie znałem, moja wiedza o Pamirze była żadna, zresztą mówiąc szczerze bardziej byłem zainteresowany tą „knigą” z zapisami profesora i coraz bardziej byłem zaniepokojony, że w miarę opróżniania butelki profesor zapomni po co ja tu właściwie przyszedłem. Wreszcie przerwał opowiadać, zakończył zresztą na wielkich pięknych czarnych oczach dziewczynki z górskiej wsi, której reszty twarzy nie widział bo była skryta za czarczafem. Czyżby to była ta pani co mi otwierała?

Pokazał mi gdzie leży "kniga" – zaczął ją wertować – staranne zapisy, wykaligrafowane, wreszcie znalazł – no tak, prawilno, jest Jan K[...], napisane, że haraszo, znaczit dobrze. Zamknął księgę poprosił o indeks i kartę egzaminacyjną i starannie wykaligrafował tam „bardzo dobrze”. Widząc moją zdziwioną minę odpowiedział, że to za to, że mu na chwile czasy młodości przypomniałem.

Wstałem, podziękowałem, przeprosiłem za kłopot. Odpowiedział, że nic takiego i klepiąc mnie po ramieniu  zakończył wizytę – ty, malodziec, jeźdź w te swoje Tatry ale kiedyś pojedź i w Pamir. Ale nie teraz, tam komunizm, kiedyś... Czyżby przyszła pora? Chyba jednak niestety za późno, nie te lata, tym razem moje.

Profesor wykładał jeszcze rok, potem nagle zmarł. Do końca był wyprostowany i chodził marszowym krokiem.

Autor: JanekK

Poprawiony: piątek, 14 września 2007 21:39